Ostatnia anomalia dobowa

Ostatnia średnia dobowa

Anomalia miesięczna

Tag: Teorie spiskowe i inne bzdury

Problemy żołądkowe „sceptyków”

Problemy żołądkowe „sceptyków”

Wystarczył jeden rekord absolutny we Francji, żeby tzw. „sceptycy” globalnego ocieplenia dostali silnej biegunki. Jej przyczyna jest doskonale znana – fakt tak znacznego przebicia dotychczasowego rekordu ciepła mocno nie zgadza się z narracją wg której jest to niemożliwe. No bo przecież klimat się nie ociepla, prawda? No, może się ociepla, ale nawet jeśli, to nie z winy człowieka, prawda? No a nawet jeśli z winy człowieka, to i tak przecież im cieplej, tym lepiej, prawda? No cóż, jakoś nie widziałem wielu entuzjastów temperatur panujących ostatnio w Polsce. Jeśli zaś takowi byli, to nieliczni. Przyczyny są znane, a objawy? Otóż jeśli informacja o rekordzie równym 45.9°C w Gallargues-le-Montueux poszła w świat, to koniecznie trzeba ją zdyskredytować. Jak to zrobić? A no trzeba zdyskredytować sam sposób dokonywania pomiaru. I tak też zrobił Anthony Watts w wpisie na swoim blogu. Opierając się na facebookowym (!) wpisie niejakiego Iana Duncana zaprezentował on nam, jak wygląda stacja w Gallargues-le-Montueux:

Źródło: WattsUpWithThat

Mamy tu nawet charakterystyczny prześmiewczy ton „najgorętsza autostrada w historii pomiarów”, mający nam uświadomić jak źle położona jest ta stacja. I owszem, położona jest kiepsko, problem polega jednak na tym, że… to nie jest ta stacja. W obecnej chwili post na Facebooku z którego Watts czerpał swoje informacje został już usunięty (ciekawe dlaczego ;) ), a sam Watts, najwyraźniej niechętnie zamieścił taką oto informację:

6/29/19 11:40AM From comments, there’s some question as to whether this is “the station” or not. Regardless, the station shown above is in fact poorly sited. I’ll do more checking this evening. -Anthony

Co tu czytamy? A no tyle, że właściwie może nie być to ta stacja i Anthony nie wie która. Ale tak czy siak stacja na zdjęciu jest źle położona. I Anthony sprawdzi to wieczorem.

No tak, to prawda – stacja ze zdjęć jest istotnie bardzo źle położona i pomiary na niej wykonywane są zapewne nieco (ale ile?) zawyżane, tylko co to ma za znaczenie? Ktoś prywatnie ma prawo postawić sobie stację gdzie chce i Anthony’emu nic do tego, dopóki dane z tej stacji nie będą wykorzystywane w celach naukowych. Uważajcie entuzjaści własnych stacji pomiarowych, za rogiem może się czaić Antek i dokonać oceny waszego sprzętu ;)

Cóż, wieczór 29 czerwca zdecydowanie już za nami i zgadnijcie co? A no nic. Cisza. Najprawdopodobniej „fact checking” po stronie Anthony Wattsa wykonał niedozwoloną operację i jakieś szersze informacje najprawdopodobniej otrzymamy mniej więcej na świętego Dygy. Na szczęście Anthony nie jest sam i ma swoich dzielnych i oddanych komentatorów. I ci komentatorzy również nie zawiedli. Część z nich zwróciła uwagę na to, że dane podawane przez stronę Infoclimat.fr były nieco inne. Tym razem stacja miała być położona na dachu budynku i wskazywać temperaturę „zaledwie” 44.1°C, a wartość 45.9°C to w rzeczywistości tzw. „temperatura odczuwalna”. Strasznie głupiutkie to MeteoFrance, prawda? Na szczęście mamy Rycerzy Prawdy Anthony’ego™, dzięki którym prawda została odkryta. No ale nie, jednak nie. Wskazana tu stacja należy do amatorskiej sieci StatIC i jest położona w kompletnie innym miejscu, niż oficjalna stacja MeteoFrance.

No dobrze, ale jak w istocie prezentuje się ta oficjalna stacja? Otóż możemy to znaleźć również w ww. komentarzach. W istocie MeteoFrance ma dokumentację swoich automatycznych stacji meteorologicznych i nie jest ona jakoś szczególnie ukryta. Tym bardziej dziwić może fakt, że Watts popełnił taki błąd, choć jeśli ktoś zna tego pana dłużej, zdziwiony nie jest. Z dokumentacji stacji możemy się dowiedzieć, że pomiar temperatury został tu zakwalifikowany jako „klasa trzecia”, a więc istotnie nienadzwyczajna. Tyle, że tak niska klasa przyznana została z uwagi na obecność kanału biegnącego w odległości zaledwie 16 metrów od stacji. Raczej trudno podejrzewać, żeby kanał ten mógł być dodatkowym źródłem ciepła w przypadku tak wysokich temperatur. Położenie stacji nie jest jednak zbyt szczęśliwe, choć trudno uznać ja za sprzyjające zawyżaniu temperatury w tym konkretnym dniu. Pomiar ten jest dodatkowo wspierany przez drugi na liście rekordowych tego dnia pomiarów z Villevieille. Na tej stacji temperatura wzrosła do 45.4°C, o 1.3°C powyżej dotychczasowego rekordu absolutnego Francji. Jeżeli chodzi o położenie tej stacji, to nie ma się w zasadzie czego przyczepić. I rzeczywiście stacja ta jest szczęśliwym posiadaczem klasy drugiej.

Lektura wpisu na WUWT i komentarzy pod nim może zarówno zadziwiać, jak i przerażać. Oto autor chyba jednego z najpoczytniejszych na świecie blogów zajmujących się klimatem i jego zmianami podważa oficjalne pomiary MeteoFrance opierając się na czyimś wpisie na Facebooku i w konsekwencji myląc stacje. Dodatkowo nie pojawiło się żadne konkretne sprostowanie, poza enigmatycznym wpisem o „sprawdzeniu tego wieczorem”, co w rzeczywistości nigdy nie nastąpiło. Jak wielka musiała być frustracja Anthony’ego Wattsa, gdy zorientował się, że popełnił (znowu) poważny błąd, świadczyć może komentarz, jaki dodał zaledwie 16 minut później:

UPDATE2: 6/29/19 11:56AM It seems that it may not even be an “all time record”.

Po czym pojawia się skan gazety z roku 1930 mówiący o temperaturze 122°F (50°C), która miała być odnotowana „gdzieś w Loarze”. Podobno tonący brzytwy się chwyta, jednak w tym wypadku to była już brzytwa mocno zaostrzona, z dołączoną w pakiecie tykającą bombą. Po pierwsze: nie ma podanej żadnej informacji o stacji. Fraza „gdzieś w Loarze” jest bardzo ogólna i nie można na jej podstawie stwierdzić gdzie to dokładnie miało mieć miejsce. Po drugie… no litości, 50°C w Loarze? Takich temperatur obecnie nie notuje się nawet w południowej Hiszpanii. Właściwie takiej temperatury nie odnotowano nigdzie w Europie. Oczywiście Rycerze Prawdy Anthony’ego™ mają na to swoje wytłumaczenie: fakt, że w żadnych bazach meteorologicznych taka temperatura we Francji nie figuruje oznacza niechybnie, że dokonana została olbrzymia manipulacja. Dane zaniżono, rekordy sprzed wojny usunięto. W innym komentarzu czytamy:

Sorry Paul, since it was before 1950, this temperature has been decreased 12 times to the current value of 36C /s

Did anyone ever think there WOULDN”T be a record high? Everything was set, the forecast, the screaming headlines the “bubble of hot air from Africa” was coming and every site, newspaper and “climate scientist” had the story written ready to go. You could have bet your house there would be a record high and have a 100% chance you would win.

Rozumiecie? Po pierwsze: wszystkie stare dane „zaniżono”. Nie wiem jak to zrobiono. Zapewne tajne, Niewidzialne Kommando Foki™ przemierzyło świat wszerz i wzdłuż, niszcząc lub korygując wszelkie informacje o starych rekordach. Musieli zrobić to nie tylko w bazach cyfrowych. Prawdopodobnie zakradali się nocami do bibliotek, modyfikując i niszcząc stare roczniki meteorologiczne. Wdzierali się do prywatnych domów, gdzie niektórzy również takie roczniki posiadają i wydzierali je z rąk matkom na oczach przerażonych dzieci. Można sobie wyobrazić przerażone oczy ofiar, gdy jeden z komandosów zatykał im usta, a drugi metodycznie zmieniał wartość 50.0 na 36.0. Warto przypomnieć, że tę samą metodę stosowano w celu dorysowywania chemtraili na starych zdjęciach.

Brzmi idiotycznie? Owszem, nawet bardzo. Ale przecież najwyraźniej ci ludzie w to wierzą i wg nich najwyraźniej to właśnie się musiało stać. Bo jak inaczej wyeliminować taką informację z przestrzeni publicznej? W 1930 komputerów nie było, siłą rzeczy więc wszelkie dane meteorologiczne zapisywane były na papierze. Jeśli chcemy taką informację wyeliminować, trzeba by przeprowadzić akcję podobną do opisanej wyżej. Z komentarza użytkownika rbabcock wynika, że dwanaście razy. Jest jeszcze druga część tego komentarza z której, jeśli się nad tym zastanowić, wynika, że w obecnych czasach żadne rekordy paść nie mogą. Jeśli nawet padną, to i tak oczywiście MUSIAŁY PAŚĆ BO TAK BYŁO W WRZESZCZĄCYCH DO NAS WIADOMOŚCIACH. Najprawdopodobniej jedyne rzetelne rekordy to te, o których nikt nie wspomina. No i oczywiście rekordy zimna, te są zawsze rzetelne z definicji.

No, ale przecież w tej gazecie istotnie opisano przypadek wystąpienia 50°C w Loarze, więc jak to? A no tak to:

Mamy więc miejsce! Saint-Etienne w departamencie Loara! Z wycinka ewidentnie wynika, że notowano 50°C w słońcu, a Madame Guilly nawet z tego powodu zmarła. Zwycięstwo! Odnotowano 50°C w słońcu, bez wątpienia, tak pisze gazeta, odnotowano… w słońcu… Ekhm. Widzicie już w czym problem. 80 lat temu dziennikarze również nie przywiązywali jakiejś szczególnej wagi do pomiarów. Temperatura zarejestrowana na termometrze wystawionym na bezpośrednie działanie promieni słonecznych? Co za problem :) Może niech ktoś doniesie Anthony’emu, że tak właściwie to Francja nie dzierży rekordu Europy. Ten należy oczywiście do naszych przedwojennych Zaleszczyk, gdzie temperatura wzrastała do 55°C. I – to nie żart – taka wartość widniała jeszcze parę lat temu w polskiej Wikipedii!

W tym momencie nie wiadomo już, czy się śmiać, czy płakać. Najwyraźniej całe to „sceptyczne” towarzystwo mocno powątpiewa w obecny pomiar z Francji, ze stacji na którą można pojechać, można ją sprawdzić teraz, zaraz. Ale jednocześnie bez żadnego problemu przyjmują pomiar niewiadomego pochodzenia wspomniany w gazecie sprzed 89 lat. Dodatkowo w gazecie jak wół stoi, że pomiar był dokonany nieprawidłowo.

Myślałem, że na tym blogu takich osób nie ma. Ale nie, jednak są, chociażby w osobie niejakiego Przemysława, który postanowił przemówić do nas, ciemnej masy.

A nawet:

Panie Przemysławie, pana przemyślenia nas rozczuliły. Nazywa pan nas (i resztę komentujących) „ciemną masą”, łykając jednocześnie tak rozczulająco naiwne „fakenewsy”. Jak więc nazwać pana? W tym kontekście oczywiste jest, że nie jest pan w stanie zweryfikować nawet tak prostego fejka, powstaje więc istotne pytanie, w jaki sposób może pan zweryfikować fejka mniej oczywistego? Otóż odpowiedź jest oczywista: nie może pan. Ba, zapewne nawet pan nie chce, bo efekty weryfikacji mogą być dla pana niewygodne światopoglądowo. Pisze pan dalej jakieś bzdetyo „muezzinach kościoła CAGW”. Jak nazwać pana, skoro rzuca pan tak idiotyczne komentarze oparte o źródła, których nawet nie chciało się panu zweryfikować?

P.S.

Tak panie Przemysławie, Anthony Wats jest emerytowaną telewizyjną „pogodynką”. Taki nasz Jarosław Kret. Czy to się panu podoba, czy nie. I tak, jego blog jest denialistyczny. Czy to się panu podoba czy nie. Dobrym przykładem tego denializmu jest pisanie czego innego na blogu, a czego innego w publikowanej pracy (kwestia analizy sieci amerykańskich stacji meteorologicznych).

P.S.2

Doskonale również wiemy, że wcześniej pisał pan u nas równe idiotyzmy pod innym nickiem, 9 lat temu, kiedy najwyraźniej również miał nas pan za „ciemną masę”. Do odpowiedzi pan jakoś się wówczas nie kwapił.

Nagły atak chemtraili

Nagły atak chemtraili

Na szczęście nie chodzi o żadne „pryskanie” nas z samolotów bliżej niezidentyfikowanymi substancjami (co jest oczywiście bzdurą), a o dyskusję jaka powstała na prywatnym facebookowym profilu prof. Szymona Malinowskiego (Instytut Geofizyki UW).  Na ten temat z prof. Malinowskim rozmawiał Tomasz Ulanowski, a rezultatem jest artykuł w Gazecie Wyborczej. Dla nieklikających i nie chcących szczególnie przekopywać obcych profili na Facebooku wyjaśnienie sytuacji.

Jeden (a właściwie dwóch) wyznawców chemtraili weszło w żywiołową dyskusję z prof. Malinowskim (i nie tylko). Jednocześnie przedstawili oni wyniki analizy próbek, jakie zebrali 20 marca (woda z roztopionej świeżo spadłej pokrywy śnieżnej). I tu dyskusja zaczęła być i trochę śmieszna i trochę straszna. Otóż próbki były dwie, w każdej z nich oznaczono stężenia tych samych metali/związków chemicznych/pierwiastków. Jedna z próbek została pobrana w mieście (Września), druga kilkanaście kilometrów poza miastem. W pierwszej oznaczone stężenie glinu wyniosło 0.35 mg/l, w drugiej 0.037 mg/l. Śmieszne jest to, że wyższe stężenie glinu w próbce „miejskiej” (choć tak naprawdę to, że to próbka miejska jedynie zgadujemy, bo nie zostało to w jednoznaczny sposób potwierdzone) zostało uznane za niepodważalny dowód, że „coś jest na rzeczy” – czyli, że długotrwałe smugi kondensacyjne nie mogą powstawać w sposób naturalny i są jednoznacznym dowodem na to, ze jakiś bliżej nie sprecyzowany „rząd światowy” rozmyślnie truje nas substancjami rozpylanymi z samolotów.
Przejdźmy do samego aluminium. Jego stężenie w jednej z próbek przekracza dopuszczalne stężenia dla wody pitnej. Nie jest to jednak nic nadzwyczajnego – generalnie roztopionego śniegu raczej rzadko używa się jako źródła pitnej wody. Ba, znacznie więcej aluminium zawierać może pospolita herbata, jako że roślina ta jest jego całkiem niezłym źródłem. W artykule „Glin w otoczeniu i jego wpływ na organizmy żywe „ panie Justyna Zuziak i Małgorzata Jakubowska wskazują, że ta właśnie pospolita herbata może zawierać od 2 do 6 mg/l glinu, a więc przeciętnie około 10 razy więcej, niż w wskazanych wyżej próbkach. Z tego samego artykułu wyczytamy, iż:

Według WHO dopuszczalna dawka glinu wynosi 7 mg/kg masy ciała/tydzień, co w przeliczeniu na dzień daje 1mg glinu na 1 kg masy ciała dziennie. Człowiek o średniej masie 70 kg mógłby zatem bez szkodliwego wpływu na zdrowie człowieka przyjąć ok. 70 mg glinu.

Oznacza to, że aby przekroczyć tę normę dziennej dawki glinu, dorosły człowiek musiałby wypić około 200 litrów wody, w której wystąpiło stężenie oznaczone w „próbce miejskiej”.

[xyz-ips snippet=”s2-ad”]

Wskazanie tego faktu jakoś nie przemówiło do rozsądku wyznawcom chemtraili, zaczęli się oni raczej nabijać  z „aluminiowej herbaty”. Najwyraźniej wydaje im się, że w swej naturalnej postaci świat jest w ogóle pozbawiony metali, nawet jeśli wskaże się, że glin stanowi 8% składu skorupy ziemskiej.

W dyskusji pojawia się również kilka pytań, m.in.:

jak bardzo zmieniły się warunki w atmosferze ziemskiej przez 15 lat. 15 lat temu homomutatusy nie powstawaly (przynajmniej w Polsce). Zaczęly się stopniowo (oswajano ludzi z tym zjawiskiem) pojawiać około 12 lat temu a ostatnie 2-3 lata i ubiegła zima to już jest apogeum.

Trzeba przyznać, że ciężko odpowiedzieć na pytanie, które już w swoim założeniu jest błędne. Otóż bowiem owe homomutatusy jak najbardziej pojawiały się i 30 lat temu. „Instrukcja dla stacji meteorologicznych” z 1988 roku wskazuje na to jednoznacznie:

Cytat:

“Do zachmurzenia ogólnego wliczamy również utrzymujące się smugi kondensacyjne wywołane przez samoloty i ławice chmur, które wyraźnie utworzyły się z tych smug”.

Jasne jest więc, że trwałe smugi kondensacyjne pojawiały się nad Polską nawet 30 lat temu (a także i dawniej). Co ciekawe, właściwie teza o ich nie występowaniu jest główną podstawą tej teorii spiskowej – otóż mamy w tej chwili obserwować coś, co dawniej obserwowane nie było, co jest nowe i do tej pory niespotykane, a więc podejrzane. Jak widać na wyżej załączonym obrazku, nie jest to prawda i tym samym cała teoria powinna legnąć w gruzach. Oczywiście nie stało się tak z prostej przyczyny – znaczna część wyznawców tej teorii za nic sobie ma jakiekolwiek dowody. Wszelkie dowody przeczące tej teorii są wg nich sfałszowane, niezależnie skąd by pochodziły. Zaś każdy, kto choćby odrobinę ją podważa z pewnością współpracuje z spiskującymi.

Można się zapytać, czy rzeczywiście nie ma czegoś na rzeczy, jako że „nie pamiętam takich smug z dzieciństwa”. Nic dziwnego – po pierwsze dzieci (a także młodzież) mają z reguły na głowie inne rzeczy, niż obserwowanie nieba w poszukiwaniu smug kondensacyjnych, a po drugie oddajmy głos prof. Malinowskiemu:

Wszyscy widzimy, ile smug kondensacyjnych jest na niebie.
– No widzimy, bo mocno wzrósł ruch lotniczy. Sam pamiętam jeszcze czasy, kiedy w całej Polsce było ok. trzech milionów pasażerów samolotów rocznie. Dzisiaj każdego roku samo Okęcie obsługuje ich blisko 15 mln, a ich całkowita liczba w Polsce dochodzi do 40 mln.

Istotnie, w ostatnich 20-30 latach natężeniu ruchu lotniczego wzrosło drastycznie. Oczywistym jest, że jeśli mamy 10 razy więcej lotów, smugi mogą się pojawiać nawet 10 razy częściej, niż dawniej. Są one dzięki temu zdecydowanie częstsze i bardziej zwracają uwagę, niż dawniej. Ot i cała tajemnica.

W dalszej części artykułu wspomina się również o zamknięciu się zwolenników chemtrails na argumenty naukowe oraz o braku zaufania do samej nauki. Patrząc na jednego z wyznawców tej teorii, który dyskutował pod postem prof. Malinowskiego trudno się z tym nie zgodzić. Nie wierzycie? Oto jedna ze stron (publiczna), które osoba ta prowadzi: klik. I niestety to raczej nie trolling.

PILNE! Pi(no)kio.pl znowu straszy przed huraganem, którego nie będzie

PILNE! Pi(no)kio.pl znowu straszy przed huraganem, którego nie będzie

Istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że poziom „dziennikarstwa” w pseudo portalach informacyjnych sięgnął już dna i raczej z tego dna się już nie podniesie. Po raz kolejny próbuje nam to udowodnić serwis „pikio.pl”, który ponownie podaje do wiadomości wyssaną z palca (lub z rosnącego niczym u Pinokia nosa) informację na temat huraganu mającego uderzyć w Polskę. Podkreślmy: huraganu, którego nadejścia nad Polskę nikt nie prognozuje. Chociaż tym razem huragan ten istnieje naprawdę, a nie tylko w umysłach redaktorów pikio.pl – tak jak to miało miejsce w przypadku nieistniejącego huraganu „Reinhold”.

Read More Read More

Koniec świata: jak go spędziliście?

Koniec świata: jak go spędziliście?

Sobota, 23 września. Dzień, w którym świat miał się (znowu) skończyć, przynajmniej wg Davida Meade, numerologa, który pilnie studiując Biblię stwierdził, że świat ma się rychło ku końcowi. Co więcej, koniec ten przewidział właśnie na sobotę, 23 września. Meade całą rzecz raczył wyjaśnić oczywiście w swojej książce (którą możecie kupić za jedyne $4.91 na Amazonie). Otóż pierwszym znakiem zwiastującym nadchodzący koniec miało być całkowite zaćmienie słońca z 21 sierpnia (być może koniec świata miał dotyczyć USA, bowiem głównie tam było ono widoczne, dlaczego my, Polacy, mamy cierpieć za to, co widzieli Amerykanie, hmmm?).

Resztę Meade „wyczytał w biblijnym kodzie i księgach Nowego Testamentu” (to samo źródło mówi co prawda, że nikt nie zna dnia ni godziny, nawet sam Chrystus, ale któż by się tym przejmował). 23 września na niebie miał się pojawić znak: jak czytamy na wielu portalach, ma to być „Wizja Niewiasty obleczonej w Słońce, mającej Księżyc pod stopami, a na głowie wieniec z dwunastu gwiazd”. Niewiasta owa miała ukazać się podobno przed powtórnym nadejściem Mesjasza. W sobotę na tle Gwiazdozbioru Panny mieliśmy Słońce (nie tylko zresztą w sobotę, ale to nic), „u stóp” gwiazdozbioru mieliśmy sierp Księżyca, zaś wieniec ów stanowić miały widoczne na co dzień gwiazdy wespół z planetami.

[xyz-ips snippet=”s1s1z-ads”]

Zdjęcie ilustracyjne wg. Wprost.

Już w ostatnich dniach Meade zaczął się ze swej apokaliptycznej wizji wycofywać. W chwili obecnej twierdzi on, że o żadnym końcu nie było mowy (choć mowa była, za jedyne $4.91 możecie się o tym przekonać). W ostatnich dniach mówił, że „Nibiru będzie jedynie widoczna”, a teraz że „To nie koniec świata, tylko koniec świata jaki znamy” oraz że „znaczna część świata nie będzie już taka sama na początku października”. Zamiast końca świata mamy mieć szereg nieszczęść, które ów świat zmienią. Jest to niemal identyczne odwracanie kota ogonem, jaki uskuteczniali maniacy końca sprzed 5 lat. Najwyraźniej 5 lat to za mało, by niektórzy przyjęli do wiadomości, że Nibiru zwyczajnie nie istnieje (w sensie zagrażającej Ziemi planecie o takiej orbicie, nie jest wykluczone, że gdzieś za orbitą Plutona znajduje się duża planeta, której jeszcze nie znamy). Jest również pewne, że to nie ostatni Koniec Świata związany z Nibiru, o jakim przyszło nam słyszeć. Tego typu (dość przecież istotne z naszego punktu widzenia) wydarzenie jest prognozowane w zasadzie niemal co roku. Dodatkowo mamy też folklor lokalny w postaci szeregu przepowiedni zwiastujących tragiczne wydarzenia – do tej pory mieszkańcy Kłodzka wspominają przepowiednię niejakiego Filipka dotyczącą kłodzkiego lwa. Co prawda nikt nie ma pojęcia co ma oznaczać „spotkanie trzech dziewiątek”, ale bez obaw, z pewnością w przypadku kolejnej wielkiej powodzi coś się da pod to podpiąć. Niemal zawsze tego typu sprawy są chętnie podchwytywane przez media, które doskonale zdają sobie sprawę, że są one bardzo „klikalne”.

W związku z powyższym mamy pytanie – jak spędziliście Koniec Świata? Był udany? Byliście na grzybach? Odpowiedzcie w komentarzach. U nas padało, nie taki Koniec Świata sobie wymarzyliśmy :(

Czy uważasz koniec świata za udany?

View Results

Loading ... Loading ...

P.S.

Jeśli ten tekst się nie pojawi w niedzielę, być może to oznacza, że koniec jednak nastąpił, a my zrobiliśmy z siebie idiotów. Ale na szczęście nikt się już o tym nie dowie :D

[xyz-ips snippet=”s2-ad”]

Czy leci z nami pilot?

Czy leci z nami pilot?

Model NAVGEM prognozuje temperaturę rzędu 45-46°C. Abstrahując już od dosyć dalekiego terminu tej prognozy, takie wartości temperatury maksymalnej na terenie naszego kraju są zwyczajnie niemożliwe. Rozwiązania są w zasadzie dwa. Albo model NAVGEM jest całkowicie do bani, albo parametr T2M przekazywany przez model oznacza coś innego, np. temperaturę powierzchni. W takiej chwili cieszymy się, że zrezygnowaliśmy z udostępniania wyników tego modelu. Warto nadmienić, że model ten sugeruje temperaturę na wysokości 850hPa na poziomie 24°C, co powinno przełożyć się na Tmax = 38-40°C.

Read More Read More

Z cyklu „prognozy trafione inaczej” – Archibald 2006

Z cyklu „prognozy trafione inaczej” – Archibald 2006

Cytat:

Based on solar maxima of approximately 50 for solar cycles 24 and 25, a global temperature decline of 1.5°C is predicted to 2020, equating to the experience of the Dalton Minimum.

Źródło.

Od tezy zawartej w artykule w E&E upływa właśnie 10 lat. Jej weryfikacja wygląda następująco (wykres przedstawia 5-letnie średnie ruchome wartości globalnej anomalii temperatury powietrza w serii GISTEMP):

2009Wg prognozy Davida C. Archibalda, w chwili obecnej powinno być najchłodniej od lat 70. XX w. Zamiast tego jest rekordowo ciepło.